Saints Row IV


mdabrowski | 27 września 2013 08:22

Nazwa: Saints Row IV Rok Produkcji: 2013 Producent: Volition Inc. Wydawca: Deep Silver Oceny: gry-online.pl 8/10 gram.pl 7.5/10 metacritic.com 86/100

Po ukończeniu trzeciej części tego zwariowanego cyklu miałem spore oczekiwania względem części kolejnej, oznaczonej numerkiem IV. Początkowy zachwyt szybko przerodził się w rozczarowanie, by jednak w ostatecznym rozrachunku pozostawić uczucie pełnego zadowolenia.


Gra zaczyna się naprawdę zajebiście. Nasz protagonista jest prezydentem USA. Zabawa zaczyna się spokojnie, wokół widzimy całą śmietankę znaną z poprzedniej odsłony, jest śmiesznie i wesoło, jednak do czasu. Oto bowiem atakują nas kosmici na czele z potężnym Zinyakiem (który ma bodaj statut generała, ale patrząc na jego zachowanie można spokojnie nazwać go imperatorem). Zaczyna się rozpaczliwa walka w trakcie której tracimy wszystkich naszych sojuszników, stajemy oko w oko z wrednym generałem a na końcu lądujemy... w łóżku. Przytulnego domku. Za oknem słoneczko, wesoło schodzimy na parter gdzie nasza małżonka przygotowała naleśniki. Kontrast jest olbrzymi a szczęka gracza opada w bezdźwięczne "What the fuck?!". Od razu wiadomo że to nie jest normalna gra.


Dowiadujemy się że jesteśmy zamknięci w cyfrowej symulacji, a nasza przyjaciółka Kinzie próbuje nas wydostać. Na zewnątrz widzimy scenę żywcem wyjętą z Matrixa, przerzedzamy się niczym Rambo przez hordy kosmitów, by uciec statkiem przez tunele strasznie przypominające scenę z szóstej części Gwiezdnych Wojen przy akompaniamencie Haddawaya i jego nieśmiertelnego utworu "What is Love?" by na końcu... Tego już wam nie zdradzę. Powiem tylko tak, fabuła jest szalona, nietuzinkowa, wciągająca i pełna wielu nawiązań do znanych dzieł popkultury.

Pierwsze półtorej godziny przejdziemy z zapartym tchem kosztując wspaniałości fabuły. Po mniej więcej takim czasie trafiamy w końcu do Sandboxa, miasta Steelport znanego z poprzedniej części które doczekało się nieznacznych modyfikacji. I tu się chwilę zatrzymam. Tu mnie gra rozczarowała, zadań pobocznych i mini gierek jest bez mała 3 razy więcej niż w poprzedniej części i są one NUDNE! Następnych kilkanaście misji to to, czego nienawidziłem w Saints Row. Misje główne w których MUSIMY bawić się w minigierki przy gównianym znaczeniu fabularnym. Nie powiem, kilka zabaw było ciekawych, ale na litość boską czemu? Czemu nie można było tego rozwiązać jak w GTA V, gdzie poboczne zadania są poboczne i nie mają zbyt wielkiego wkładu w te fabularne. Ciężko jest się przesilić i przeboleć ten moment gry, ale warto, bo potem jest naprawdę wyśmienicie. Warto chociażby dotrzeć do misji żywcem wyjętej z arkadowych gier lat 90'


Znakomitym posunięciem było wprowadzenie do gry supermocy. Superbiegu, superskoku i jeszcze kilku innych. Już te dwa pierwsze wystarczały na pełną zabawę. Skok na najwyższy budynek, a potem szybowanie z jednego końca miasta na drugi, miodność. W tej części poza misjami w której byłem do tego zmuszony, korzystanie z samochodów czy samolotów było czymś słabym. Do tego dochodziła możliwość strzelania płonąca kulą czy moc telekinezy. Tyle frajdy sprawiło mi rzucanie samochodami w przechodniów i oglądanie ich ragdolli. Ta część naprawdę mnie zaskoczyła i nie spodziewałem się że będzie tak świetna.

Wracając jeszcze do fabuły, ta część była nastawiona na ostatnią z serii. Jest takim swoistym podsumowaniem. W trakcie rozgrywki możemy znaleźć porozrzucane nagrania audio, podczas których nasi przyjaciele opowiadają w dwóch słowach jak nas poznali i z czym im się kojarzymy. Wprowadzono masę zadań pobocznych z każdym ziomalem z osobna podczas których możemy im się przyjrzeć i dowiedzieć się nowych ciekawych rzeczy. Oprócz tego znajdziemy wielu bohaterów znanych nie tylko z The Third, ale także tych zapomnianych z części 2. Powraca także wielki nieobecny poprzedniej odsłony, sam Johny Gat. Nacisk na ich charaktery jest zauważalny i to jest fajne, na pewno jest niesamowitą gratką dla fanów uniwersum Świętych z Trzeciej Ulicy. Oprócz tego na statku, który jest wzorowany na Normandii z Mass Effecta, możemy z nimi romansować co często prowadzi do kolejnych komicznych sytuacji. (Gejowskie wyznania Johnego Gata. łeh)


Graficznie gra nie zmieniła sie zbytnio od części poprzedniej. Kilka tekstur zostało tam poprawionych, całość jest też bardziej ciemna zważywszy na nieistniejące niebo symulacji zinów. To co rzuca się w oczy do znakomicie poprawiona optymalizacja dzięki czemu gra działa dużo lepiej niż The Third i można ją odpalić w lepszych ustawieniach.

Podsumowując, Saints Row IV to kawał solidnej roboty, fabuła jest wciągająca i pełna znakomitych gagów, niestety dość krótka (rekompensatą są misje z ziomalami), problemem jest tylko moment w którym bawimy się z pierdołami oraz to, że po ukończeniu wątku głównego nie ma co robić. Bo jak już wspominałem wszystkich aktywności pobocznych jest strasznie dużo, i są one strasznie monotonne. Z mojej strony daję tej grze solidne 8 i jak narazie jest to chyba najlepsza gra tego roku. (Mówię o PCtach).

Grafika: 8/10 Muzyka: 9/10 Grywalność: 8/10 Fabuła: 7/10 Całość: 8/10